840 149 4MB
Polish Pages [521] Year 1938
1
Sczytanie i weryfikacja: Jan Sienkiewicz 28 grudnia, rok 1938, środa Dziś jeździłem do Rakiszek dla całego szeregu interesów. U notariusza zrobiłem akt darowizny jednego hektara ziemi za gościńcem w Karwieliszkach dla samorządu gminy abelskiej na rzecz szkoły początkowej bohdaniskiej. Niech szkoła ta, obsługująca dzieciarnię okoliczną w promieniu Bosiszki-Ażubale-Knisa-Janówka-Wiwieliszki-Prapultinie-Bohdaniszki, a może i Rukiele-Boniuszki, będzie na wieczne czasy na naszej ziemi rodzinnej z kochanego dworu bohdaniskiego. Plac ten dla szkoły położony jest w ładnym miejscu u samego gościńca w pobliżu Gaju. Darowiznę przyjął w imieniu gminy viršaitis (wójt) Mackus. Byłem też w urzędzie hipotecznym w sprawie zatwierdzenia aktów kupna na ziemię spadkową po Maryni w Bohdaniszkach. Cała z tym historia. Wymagana cała litania kwitów na spłatę drobiazgów różnych zaległości i długów po Maryni dla ustalenia sumy, pozostającej na rzecz nieletniej Steni po potrąceniu długów, aby tę sumę zahipotekować na jej rzecz na Szaszewiczach. Cała z tym historia: kwity złożone przez Marysię są niewystarczające, są luki, suma, która została zahipotekowana, okazuje się za mała, urząd hipoteczny bawi się w skrajną pedanterię, tymczasem akty są niezatwierdzone. Będzie z tym ciąganiny i tłuczenia wody w moździerzu; wypadło uprosić adwokata Trifskina, aby pośredniczył między urzędem hipotecznym a nami z Marysią w toku uzupełniania tych braków. Jazda do Rakiszek i z powrotem była śliczna. Jechałem w wielkich saniach parokonnych, zaprzężonych w Nemunasa z Pajacem-Peckielem. Powoził Janek Čepas. Nemunas swoim zwyczajem rwał jak szalony. Jechaliśmy piorunem. Jazda była królewska, aż się ludzie oglądali. Sanna doskonała, mróz, powietrze czyste. 29 grudnia, rok 1938, czwartek Dziś wyjazd z Bohdaniszek. Skrzywdziłem Bohdaniszki, bawiąc w nich podczas tych ferii zaledwie trzy dni, podczas gdy zwykle co roku spędzam tu o tej porze cały miesiąc. Ale przede wszystkim ciągnie mię do mojej rodzinki w Kownie, na którą się składa kochana Jadźka i tyleż kochany nasz malutki owocek – Kotusieńka krzykliwa. Ale przede wszystkim śpieszyć muszę terminowo dlatego, że już jutro przyjedzie z Polski do Kowna Kotuńka Pruszanowska, moja siostra najstarsza, której nie widziałem od lat dziesięciu i która przybywa na chrzciny swojej małej imienniczki, wyznaczone na 3 stycznia. Ale nie mogłem opuścić Bohdaniszek, nie zajrzawszy ani razu do mego Gaju, który zawsze kocham. Nie miałem na to czasu, a zresztą iść pieszo po kopkim śniegu – trudno. Kazałem więc Bieliunasowi zaprząc konika (Chicago) i pojechaliśmy do Gaju. Objechaliśmy Gaj różnymi dróżkami. Pięknie w lesie zaśnieżonym. W Gaju tej zimy spokojnie. Kradzieży leśnych nie ma; żadnych dróg przez las nie ma, przeto i o kradzież trudno; wytępiłem wszystkie drogi przez Gaj, nie ma wjazdu do lasu. Po powrocie z Gaju wstąpiłem do starego dworu do Elwiry, z którą się pożegnałem i posiedziałem trochę. Elwira, jak co roku zimą, kwęka, jest przeziębiona, nie wychodzi z domu. Chce bardzo, żeby Kotuńka Pruszanowska zajechała z Kowna do Bohdaniszek. Po wczesnym obiedzie wyjechałem z Bohdaniszek do Abel. Saniami parokonnymi, paradnie. Odwiózł mię Bieliunas. Pociąg bardzo wygodny. Z Abel odjeżdża się ekspresem berlińskim po godzinie 2 po południu, o 5 jest się w Radziwiliszkach, gdzie się czeka 15 minut i siada się do pociągu prędkiego, idącego z Rygi przez Kowno do Berlina i w niespełna dwie godziny, zatrzymując się tylko w Datnowie, Kiejdanach i Janowie, przyjeżdża się o godzinie 7 wieczorem do Kowna. W ciągu ostatnich dwóch lat koleje żelazne litewskie bardzo się wydyscyplinowały i dziś ruch jest prędki, wygodny i ścisły. Jest to zasługa byłego ministra komunikacji Staniszewskiego, którego rządy stanowią też epokę zwrotną w rozbudowie w ogóle dróg lądowych, zwłaszcza szos. W Kownie na dworcu spotkała mię kochana Jadziuńka. Odjechaliśmy taksi do domu. Nie zastałem jeszcze listu, potwierdzającego przyjazd Kotuńki Pruszanowskiej jutro. Choć mi w
2
poprzednim liście zapowiadała przyjazd na datę 30 grudnia, ale prosiłem ją jeszcze o potwierdzenie tej daty przyjazdu. Spodziewam się jednak, że nie zawiedzie. 30 grudnia, rok 1938, piątek Pociągi z Wilna przychodzą do Kowna dziennie dwa: o 9 rano, który idzie wprost z Warszawy przez Wilno, i przed 11 wieczorem. Poszliśmy z Jadzią na spotkanie Kotuńki Pruszanowskiej na pierwszy pociąg. Pociąg przyszedł, ale, niestety, Kotuńki nie było. Wróciliśmy jak niepyszni do domu. Niebawem wszakże listonosz przyniósł od niej pocztówkę, wysłaną wczoraj z Wilna, w której donosi, że przyjeżdża dziś wieczorem. Wieczorem więc znowu udaliśmy się na dworzec, tym razem mając już pewność zupełną. Jadzia była poruszona czekając tego spotkania z najstarszą siostrą moją i jedyną, której jeszcze osobiście nie zna. Zna ją zresztą i lubi bardzo z jej listów, do których pisania Kotuńka ma talent niezwykły. W listach też Kotuńka była zawsze bardzo serdeczna dla Jadzi. Przyszedł pociąg i Kotuńka z niego wysiadła. Staruszka, zgarbiona, w połowie zgięta, bez zębów, o wiele starsza na wygląd niż jest w istocie. Z wyglądu, zwłaszcza gdy stoi lub idzie, można jej dać lat 80, a nawet więcej, ma zaś 68, jest o 10 lat starsza ode mnie i o 10 lat młodsza np. od lokaja Kazimierza. Przywieźliśmy ją do domu. Jest bardzo serdeczna, miła, kochana, gadatliwa, jak była zawsze, żywego umysłu i temperamentu. Bardzo serdeczna dla mnie i Jadzi. Biedaczka przywiozła też różnych prezentów dla nas, różnych drobiazgów świadczących o miłej pamięci. Przywiozła tez koszulkę chrzestną dla Kotusieńki i medalik złoty z wizerunkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej na łańcuszku złotym. Jadzia dla niej przyrządziła pokój w pokoju jadalnym. 31 grudnia, rok 1938, sobota Cicho spędziliśmy w domu ten ostatni dzień upływającego roku 1938. Spędziliśmy go z Jadzią w towarzystwie zacnej i kochanej starej siostrzyczki mojej Kotuńki Pruszanowskiej. Słodka ona i serdeczna, pełna temperamentu i życia, mimo że fizycznie już bardzo sterana. Rozmowa z nią jest łatwa i ciekawa, bo jest mądra, ma dobrą głowę, nie brak jej dowcipu i humoru, a ma bardzo dużo serca, intuicji, spostrzegawczości. Serdeczna jest bardzo dla Jadzi, która wdzięcznym sercem polubiła ją od razu. Ze względu na wiek i stan zdrowia Kotuńka z domu nigdzie nie wychodzi. Chciałem być wieczorem z nią i Jadzią w teatrze na operze „Traviatta”, ale biletów nie dostałem. Może to i lepiej, bo to by Kotuńkę zmęczyło. Na rozmowie przy stole doczekaliśmy się nowego roku i złożyliśmy sobie wzajemnie życzenia. Przeżegnałem też i pobłogosławiłem naszą małą Kotusieńkę, która wkracza w drugi rok kalendarzowy, choć nie ma jeszcze dwóch miesięcy skończonych. Rok 1938 na ogół w ludzkości był ciężki. Dokonał on Anschlussu Austrii, dokonał gwałtu i operacji na Czechosłowacji przekształcając ten twór Masaryka na unię trzech drobnych narodów, ale czyniąc zeń zarazem ekspozyturę Berlina, zaciążył wielką chmurą kwestii ukraińskiej na Europie Wschodniej, w szczególności nadał zwrot tragiczny problemowi Kłajpedy i Litwy; zadał cios śmiertelny metodom, których wyrazem była Liga Narodów i na czoło wysunął groźny problem hegemonii Niemiec. Dziedzictwo, które przekazał swojemu następcy, rokowi 1939, jest co najmniej trudne i brzemienne przeróżnymi komplikacjami. Ale w moim życiu osobistym upływający rok 1938 był błogosławiony i piękny. Spełnił on więcej niż to, o co prosiłem w noc sylwestrową 1937 i o czym wtedy marzyłem, nie śmiąc wierzyć w spełnienie: dokonał naszego związku małżeńskiego z Jadzią i dał nam dzieciątko. Dziś największym życzeniem moim jest, aby to dziecko hodowało się zdrowo. Jest ono nam już słodkie i będzie coraz słodsze. 1 stycznia, rok 1939, niedziela Dzień Nowego Roku spędziłem przeważnie w domu. Pojechałem tylko do Prezydentury dla złożenia podpisu w księdze życzeń noworocznych dla prezydenta Rzeczypospolitej, następnie do Wacława Biržiški – dla zaproszenia go na pojutrze na chrzciny. Resztę dnia – przed tym i po tym –
3
spędziłem w domu dotrzymując towarzystwa naszemu miłemu i rzadkiemu gościowi – Kotuńce Pruszanowskiej, która jest bardzo towarzyska i lubi gawędzić bez końca, a robi to niezmiernie mile. W domu pracować teraz nie mogę, bo Kotuńka nie zostawia mi na to czasu. Tylko gdy idzie listy pisać, co robi z zamiłowaniem i niezwykłym talentem, mogę dorywczo zasiąść do pracy i najpilniejsze prace choć trochę po łebkach odrobić. Kotuńka ze względu na wiek i na lekkie zaziębienie szanuje swe zdrowie, toteż z domu nie wychodzi na miasto wcale. Dopiero pojutrze wyjrzy na miasto dla odbycia aktu chrzcin naszej Kotusieńki. Kotuńka, chwała Bogu, upodobała bardzo Jadzię. Prawda, po obiedzie byliśmy jeszcze z Jadzią u Gudowiczów, których zaprosiliśmy na chrzciny. 2 stycznia, rok 1939, poniedziałek Nasz ewenement rodzinny – chrzciny naszej Kotusieńki – zbliża się. Zaprosiłem dziś osobiście Jana Vileišisa i panią Janową Vileišisową, listownie zaprosiłem prof. Žemaitisa i docenta Antoniego Tamošaitisa. Wszyscy są już zaproszeni. Liczymy na jutro na ucztę chrzcin – na 27 osób. Rano dziś przyjechał z Bohdaniszek stary lokaj Kazimierz, który przywiózł ogromny transport ptactwa – indyki, kaczki, gęsi, kury, wszystkiego po parze, masła, grzybów, miodu, konfitur itd. Kazimierz nagadał się do syta z Kotuńką, której nie widział od lat dwudziestu kilku, a którą zna od najwcześniejszego dzieciństwa, bo pamięta ją dwuletnią (w roku 1872), kiedy sam był pastuszkiem 11-letnim w Bohdaniszkach, a potem został lokajem, gdy miał lat 18, a Kotuńka miała lat 9, to miało miejsce rok przed moim urodzeniem (w roku 1879, czyli przed laty 60). A potem Kazimierz jeździł z Mamą i starszymi siostrami moimi, a więc w ich liczbie i Kotuńką, na karnawały do Wilna, usługiwał im, towarzyszył na bale jako lokaj... Potem wiele razy przed wojną jeździł do Bielcza, woził tam z Bohdaniszek i stamtąd do Bohdaniszek konie i różne inne rzeczy... Toteż ile ma wspólnych z Kotuńką wspomnień, ile przeżyć, ile uczuć! Ile ma do opowiadania Kotuńce o chorobie i śmierci Papy, o Bohdaniszkach, o mnie, o sobie! I ile ma do wysłuchania o Kotuńce, o jej życiu, o jej dzieciach, Wsielubiu! Wieczorem przyjechał Julek Komorowski, zaproszony na ojca chrzestnego Kotusieńki. Piekły się ciasta, torty, paszteciki na jutro, robiły się majonezy, przekąski, wódki. Mieliśmy dziś na obiad rzadką w kraju naszym potrawę – schab z dzika, przysłany nam przez prof. Gudowicza jako jego trofeum myśliwskie. 3 stycznia, rok 1939, wtorek Chrzciny naszej Kotusieńki, która dziś skończyła 8 tygodni życia. Na uroczystość złożyły się dwa akty: a. obrzęd kościelny chrztu i b. obiad z okazji chrzcin. W pierwszym akcie my z Jadzią, jako rodzice, udziału nie braliśmy. Dziecko zawieźli do kościoła parafialnego do karmelitów rodzice chrzestni – kumowie Julek Komorowski i Kotuńka Pruszanowska, w towarzystwie babuni dziecka, poczciwej Urszuli Čepasowej. Chrzest był wyznaczony na południe. Przed kościołem czekał na nich sługa kościelny, który zaprowadził ich do zakrystii ogrzewanej, gdzie już był ksiądz profesor Česnys. Česnys chrzcił, Kotuńka z Julkiem trzymali do chrztu. Jadzia wciąż chciała, żeby córce naszej było dane drugie imię Michaliny dla uczczenia imienia mojego w córze. Nie byłem temu przeciwny, bo imię to dosyć lubię, ale gdy się dowiedziałem, że i Kotuńka Pruszanowska ma drugie imię Michaliny, to zdecydowałem się ostatecznie na oba te imiona. Toteż mała ochrzczona została: Konstancja-Michalina. Niech się hoduje zdrowo. Kotuńka prosiła Česnysa, żeby do metryki wpisał datę narodzenia dziecka – 2 stycznia 1939. Będzie to małe skrócenie jej wieku o niespełna dwa miesiące, ale dla dziewczynki brzmieć to będzie zawsze lepiej, bo o rok cały mniej, gdy się będzie nazywało, że się urodziła w roku 1939, a nie w 1938. Na obiad zebrali się wszyscy goście zaproszeni równo o godzinie drugiej. Przyszli wszyscy oprócz Wacławowej Biržiškowej i Steni Römerówny. Obecni więc byli na tej uczcie: ja z Jadzią jako gospodarze domu i rodzice małej solenizantki, chrzestni rodzice Kotunia Pruszanowska i Julek
4
Komorowski, ksiądz profesor Česnys w pięknym stroju z dużym krzyżem na piersiach, prorektorowie prof. Jodelė i prof. Blažys, stary Franciszek Mašiotas z żoną, Jan Vileišis z żoną, prof. dr Gudowicz z żoną i córką Danutią, dziekan Wydziału Prawniczego prof. Augustyn Janulaitis i sekretarz tegoż wydziału docent Antoni Tamošaitis, prof. Wacław Biržiška, dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego prof. Zygmunt Žemaitis, naczelnik kancelarii uniwersytetu Zygmunt Gurewicz, Stefan Römer z żoną, Andrzej Mieczkowski, Feliks Mackus, Jan Zeman, Pauža i Renia Bogdanasówna. Oto cała lista osób, które zasiadły do stołu biesiadnego. Ogółem bodaj 27 osób czy coś koło tego. Stół, a raczej dwa stoły – jeden długi, pożyczony od pp. Mašiotasów, i drugi nasz okrągły, mniejszy – były ustawione przez dwa pokoje – pokój Jadzi i mój gabinet, połączone przez rozsuwane drzwi duże. U wielkiego stołu zasiedli więksi goście z kumami w centrum. Kotuńka miała po dwóch stronach najmilszych towarzysko gości – Česnysa i Vileišisa, Julek miał za bezpośrednie sąsiadki panią Mašiotasową i panią Gudowiczową. U mniejszego stołu zasiedli młodsi goście Mašiotas Stefan Römer, Gurewicz, Zeman, Andrzej, Mackus, Pauža, Danutė Gudowiczówna i my z Jadzią. Było nam tu lepiej i wygodniej niż u wielkiego stołu, gdzie bylibyśmy unieruchomieni, podczas gdy tu mogliśmy wszystko obserwować i swobodnie o każdej chwili wstawać, poruszać się, podchodzić do gości, dyrygować służbą, słowem – pełnić funkcje gospodarzy. Weselej też było u tego stołu, gdzie młodzież męska z panną Danutią wesoło się zabawiała i humory były świetne. Ale i u dużego stołu bawiono się dobrze, rozmowy toczyły się ożywione i usposobienie było serdeczne i miłe, bardzo swojskie i wzajemnie życzliwe. Tło było litewskie, bo większość gości stanowili Litwini i język litewski dominował, ale równolegle rozlegał się w rozmowie i język polski członków mojej rodziny i ich sąsiadów i nie raziło to nikogo. Wszyscy goście byli przyjaciółmi mymi. Obiad był obfity i smaczny, przekąski, ryba, zupa, paszteciki, pieczyste, galareta, torty, owoce, wódki na wiśniach i porzeczkach czarnych oraz doskonała żubrówka na świeżej aromatycznej trawce żubrówce, którą Kotuńka z Nowogródczyzny przywiozła; dobre też były wina francuskie i wino węgierskie, a do kawy krupnik przyrządzony przez Jadzię i koniak francuski. O chrzcinach dzisiejszych Kotusieńki dopowiem jeszcze jutro. 4 stycznia, rok 1939, środa Jeszcze o chrzcinach wczorajszych Kotusieńki. Wesoła biesiada u stołu trwała ze trzy godziny, jeżeli nie więcej. Przyjęcie było dobre, rozmowy – ożywione, usposobienie – serdeczne. Czułem życzliwość serdeczną gości, przeważnie przyjaciół moich, którzy podzielali radość moją stworzenia wreszcie gniazda rodzinnego, którego mi dotąd brakło, i dzieciątka, które mi starość rozjaśniać będzie. Vileišisowie zafundowali nam piękny tort na chrzciny, Tamošaitis – wazon pięknych kwiatów, wszyscy – przynieśli serca życzliwe i szczere. W toku obiadu przemówili krótko, wznosząc toasty: prorektor Jodelė, który w tonie żartobliwym, przyjmując na siebie w zastępstwie powagę rektora, podniósł tę okoliczność, że oto rząd Rzeczypospolitej pragnie, aby się ludność Litwy rozrastała, i ja, rektor, wierny syn Litwy, spełniając ten obowiązek obywatelski, daję krajowi córeczkę, która z pewnością nie będzie ostatnia. Wzniósł więc toast za zdrowie i pomyślność moją i rodziny mojej – Jadzi, Kotusieńki. W kilku słowach podziękowałem gościom, przyjaciołom i kolegom i po polsku – kumom i rodzinie i wzniosłem zdrowie wszystkich. Jan Vileišis wzniósł zdrowie kumów. W toku obiadu na żądanie gości Jadzia wniosła do izby biesiadnej Kotusieńkę i obniosła ją dokoła stołu. Wszyscy ją oglądali twierdząc, że jest podobna do mnie. Zresztą chyba to jeszcze trudno stwierdzić. Kotusieńka, zwłaszcza po tym pokazie, była bardzo niespokojna i, dozorowana w pokoju sąsiednim przez swoją babunię Čepasową, darła się i wrzeszczała tak, że aż prawie spazmów dostawała i że aż Gudowicza poprosiliśmy o jej obejrzenie, a stara Čepasowa zaniepokoiła się i płakała a gniewała się na Jadzię, że ją do gości zaniosła i nastraszyła, a może wzrokiem czyimś zaszkodziła. U małego stołu kwitło wesele i flirt młodzieży męskiej z miłą i dzielną Gudowiczówną. Stefan Römer i Pauža podochocili się, a Stefan to już pijany był zupełnie i zaczął ujawniać skłonność do awantury, że trzeba się go było strzec. Do
5
Žemaitisa przyczepił się z wyznaniem sympatii, Kazimierza wyłajał, czepiał się do mnie, złościł się, wpadł w zwykły u niego atak czy szał mania grandiosa, że oto on Römer, a przez to samo, jako Römer – wielki człowiek, wyższy ponad innych pospolitych. Biedna Marysia Stefkowa była zakłopotana i ledwie go wyprowadziła. Stefan staje się zupełnie niemożliwy; w towarzystwie jest już nieznośny i w ogóle coraz bardziej głupieje i chyli się do upadku psychicznego. A jak tylko trochę wypije, to zachowuje się jak wariat. Po obiedzie goście zaczęli się wynosić. Panie posiedziały jeszcze troszkę w gabineciku i wkrótce też się rozeszły. Pozostała dłużej tylko młodzież rozbawiona, która się potem też wyniosła, ale jeszcze używała uciechy przez cały wieczór do drugiej w nocy: Mackus, Andrzej, Pauža i Danutė Gudowiczówna. Byli oni w kawiarni, potem jeździli sankami po mieście, na herbacie byli u Gudowiczów, a potem w restauracji „Wersalu” na dancingu. Tak się wesoło i serdecznie odbyły chrzciny Kotusieńki. 5 stycznia, rok 1939, czwartek Dziś wieczorem podczas herbaty przyniesiono depeszę. Była to depesza z Hagi od prezesa Trybunału Międzynarodowego p. Guerrero, wzywająca mię do Hagi na pierwsze posiedzenie w sprawie litewsko-estońskiej na 19 stycznia. Spodziewałem się tego wezwania, ale się jednak trochę zmartwiłem. Ciężko mi odjechać Jadzię i naszą małą Kotusieńkę, która zacznie się rozwijać i do której się już przywiązałem. Mam wrażenie, że rozprawa i debaty nad wyrokiem zaciągną się na długo. Nie spodziewam się, żeby to potrwało krócej niż miesiąc. Raczej sądzę, że potrwa znacznie dłużej. Lubię Hagę i pobyt tam jest mi ciekawy i miły, ale tylko na krótko. Po pewnym czasie uprzykrza się, a ciężką też jest samotność daleko od domu i swoich. Boję się też zawsze o zdrowie, gdy jestem daleko. Mam skłonność do zapadania na różne wrzody i inne dolegliwości skórne, których się lękam i z którymi nie umiem dać rady bez Jadzi. Wreszcie ciężkie i męczące nerwowo są same rozprawy w Trybunale. Jedyna pociecha, której tam doznaję, to listy Jadzi i dobry zarobek, który znakomicie zasila moje finanse. Największą zaś pociechą i uwieńczeniem radosnym ciężkiej pracy byłoby wygranie sprawy i wyrok na rzecz Litwy, ale, niestety, w Hadze nigdy się tego nie jest pewnym z góry, bo to tak jak gra losowa. Obawiam się raczej przegranej. Jadzia zmartwiła się wielce tą wiadomością. Ha, co robić! Pojadę zapewne 1-go, w niedzielę. Kotunia Pruszanowska wybiera się jeszcze do Bohdaniszek do Elwiry. Odprowadzi ją Kazimierz. Cała wycieczka litewska Kotuni jest sfinansowana przeze mnie. Natomiast Julek Komorowski nie przyjął ode mnie zwrotu kosztów przyjazdu na chrzciny Kotusieńki. 6 stycznia, rok 1939, piątek Dziś Trzech Króli. Wychodziłem z domu tylko po obiedzie z Jadzią z pierwszą wizytą u Janostwa Vileišisów. Poza tym skądinąd dzień był powszedni. Kotuńka Pruszanowska bawi u mnie do niedzieli, poczym wyjeżdża do Bohdaniszek. Miła jest na ogół, ale na czas dłuższy trochę męcząca w domu, bo jest gadułą niewyczerpaną, potrzebującą, żeby wciąż ktoś siedział przy niej i gawędził, a przynajmniej słuchał jej opowiadań. Toteż dużo mi zabiera czasu od pracy. Ale wdzięczny jej jestem, że przyjechała i że trzymała Kotusieńkę do chrztu. Kotusieńka rozwija się dobrze. Zaczyna się już bawić sama i coś do siebie gada i śmieje się. Nie znosi tylko mleka mamki, którego nie chce pić, krzyczy, wypluwa i womituje. Doskonale pije tylko mleko krowie z kleikiem ryżowym i cukrem. Jadzia już jej nie karmi od dwóch tygodni. Co do mamki, to piersi jej Kotusieńka nie bierze nigdy; daje się jej to mleko tylko wydojone, ale trzeba będzie przerwać karmienie mlekiem mamki. Mój odjazd do Hagi na sam początek semestru wiosennego może być dla spraw uniwersyteckich niedobry. Semestr ubiegły zakończył się burzliwie; na razie młodzież się rozjechała i jest cicho, ale kto wie, czy z początkiem semestru komplikacje się nie rozwiną. Akcja opozycyjna, która inspiruje ruch młodzieży, nie wyczerpała się, bo jej ognisko w Kłajpedzie funkcjonuje swobodnie, mimo że tu grono wodzów tejże (Bistras, Dielininkaitis i Karvelis) zostało
6
poskromione, skądinąd pozostał w stanie kiełkowania ferment burzenia się przeciwko prorektorowi Blažysowi; niedokończone zostały wybory przedstawicielstwa studenckiego, które w tych warunkach mogą być nowym źródłem fermentu; wreszcie w samym środowisku młodzieży zarysowała się ostra rozbieżność prądu opozycji politycznej i prądu prorządowego. Zalążków więc nowych zajść i zaburzeń jest dużo i kto wie, jak się wypadki rozwiną na uniwersytecie po powrocie młodzieży akademickiej z ferii świątecznych. 7 stycznia, rok 1939, sobota Zaprowadziłem dziś Kotuńkę Pruszanowska z Jadzią i Andrzejem Mieczkowskim na „Dzwony Kornewilskie”. Chciałem rozerwać Kotuńkę i zaprezentować jej nasz teatr kowieński, którego się wstydzić przed gośćmi nie potrzebujemy. Dla przyjezdnych z Wileńszczyzny jest on sensacją jako świadectwo rozwoju kulturalnego tej Litwy, o której przed laty 20, gdy się państwo litewskie formowało, Wilnianie i spolonizowane sfery Litwy, a także ziemiaństwo krajowe twierdzili, że to kraj „chłopski” bez kultury, który się ani ostać, ani rozwinąć, ani rządzić samodzielnie nie zdoła. Dziś całe Kowno z teatrem, muzeami, urządzeniami, cała Litwa ze swą gospodarką umiejętną i postępową, z rozwiniętym eksportem kooperacyjnym, siecią dróg, walutą złotą etc. – to jeden łańcuch rewelacji. Dla nas, którzy tu żyjemy i w tym sami udział czynny bierzemy, postęp ten nie jest tak widoczny, bo w nim tkwimy z dnia na dzień, ale dla przyjezdnych zza kordonu – to są wszystko rzeczy wprawiające w podziw. Kotuńka mało tu widzieć mogła, bo mało się rusza, ale bądź co bądź zetknęła się trochę z ludźmi, otarła się o atmosferę litewską, a teatr też sprawił na nią wrażenie. Operetka „Dzwony Kornewilskie” jest wesoła i ładna, gra – zwłaszcza sił męskich – doskonała, dobry balet, ładne dekoracje, orkiestra... Dziwiła się, że mała Litwa może to utrzymać. Mnie zaś mniej chodziło w teatrze o moją własną zabawę niż o to wrażenie Kotuńki, to znaczy o prezentację pokazową Litwy, która jest lepszą propagandą niż agitacja słowna. 8 stycznia, rok 1939, niedziela Dziś Kotusieńka nasza ukończyła dwa miesiące życia. Pociągiem wieczornym w wagonie sypialnym III klasy, w towarzystwie Kazimierza, Kotuńka Pruszanowska odjechała do Bohdaniszek. Zabawi tam w gościnie u Elwiry dwa tygodnie. Nie była w Bohdaniszkach od lat 25, a nawet więcej. Wracać będzie do Polski przez Kowno. Wtedy na dworcu kolejowym spotka się jeszcze z Jadzią, ale już ja się z nią nie zobaczę, bo będę wtedy w Hadze. Kto wie, czy zobaczę się jeszcze kiedykolwiek z Kotuńką. Sądzę, że tak, bo choć fizycznie postarzała bardzo, jednak psychicznie i duchowo jest jeszcze w pełni życia. A zresztą mam być z Jadzią w roku przyszłym na dzień zaduszny po stronie polskiej w Trokach u grobu Mamy i wtedy zapewne odwiedzimy Wsielub, gdzie zobaczę jeszcze Kotuńkę i Karola O’Rourke’a. Ale czy tu przyjedzie jeszcze kiedy jeszcze Kotuńka Pruszanowska – w to już wątpię. Fizycznie jest ona niedołężna, porusza się z wielkim trudem. Chodzi tak, że raczej należałoby powiedzieć, że pełznie – zgięta w połowie, nachylona, uczepiona długimi rękami do tych, co jej towarzyszą. Dopiero gdy siedzi – odżywa. Nie tyle siada, ile klapnie na krzesło lub do fotelu. Mając długie kończyny i krótki stan, jak wszyscy w rodzinie naszej, i będąc w dodatku zgarbiona, w pozycji siedzącej jest maleńka i wydaje się niziutka; ledwie głowa wystaje nad stołem, ale głowa duża i wyprostowana, nawet jakby zadarta, i ogromnie długie ręce gestykulujące, jak u małpy, z długimi palcami, którymi wciąż porusza w rozmowie. Miła jest i ożywiona w rozmowie, umysł ma jasny, gadatliwa bardzo, lubiąca opowiadać, doskonałą ma pamięć, zna tysiące wydarzeń, anegdot prawdziwych z długiego życia i przepisów bez liku na wszystko. Zachowała psychologię i zwyczaje wielkiej damy, a nade wszystko przejęta jest pobożnością i gorliwością nawracania i kierowania innych do Boga i kościoła. W tym kierunku usiłowała urabiać Jadzię, aby przez nią i mnie do kościoła skłonić.
7
Święta, pobyt Kotuńki Pruszanowskiej, chrzciny Kotusieńki oderwały mię od wszelkich spraw publicznych i towarzyskich w Kownie. A teraz oderwie mię od środowiska Litwy jeszcze bardziej – Haga. 9 stycznia, rok 1939, poniedziałek Po wyjeździe Kotuńki Pruszanowskiej cicho w mieszkaniu naszym. Miałem egzamin studencki na uniwersytecie. Egzaminuję teraz studentów nie w domu, jak dawniej, lecz w gabinecie rektorskim na uniwersytecie, ponieważ krzyk niemowlęcia w domu nie licuje z powagą profesorską na egzaminie. Wieczór spędziłem w domu. Smutno mi gotować się do wyjazdu na długi czasokres. Czuję pustkę przed sobą. Ciężko mi odjechać Jadzię i córeczkę. I Jadzia się trapi moim wyjazdem, ale będzie miała na pociechę dzieciątko – ślad po mnie. Ja zaś będę na obczyźnie sierotą. 10 stycznia, rok 1939, wtorek Poszedłem dziś wieczorem na herbatkę jour-fixową do p. Urbšysowej. Już zaraz po wakacjach letnich p. Urbšysowa zarządziła u siebie na całą zimę jour-fixy wtorkowe i rozesłała o tym zawiadomienie w postaci zaproszeń standardowych do wszystkich, kogo zakwalifikowała do liczby ewentualnych gości swoich. Oczywiście i ja takie zaproszenie otrzymałem. Jako rektor i prezes Towarzystwa Litewsko-Francuskiego, którego wiceprezeską i działaczką najczynniejszą jest p. Urbšysowa, miałem do tego tytuły. Nigdy wszakże dotąd na te żurfiksy nie poszedłem. Wybierałem się jednak i pójść kiedykolwiek i wreszcie dziś poszedłem, bo zresztą interesik też miałem. Odkąd Urbšys został ministrem spraw zagranicznych, żurfiksy p. Urbšysowej są uczęszczane nade wszystko i z największą gorliwością przez dyplomatów zagranicznych. Oni oraz urzędnicy Ministerium Spraw Zagranicznych stanowią gros gości. Jest też trochę innych cudzoziemców, pań, które się lubią obracać w kołach dyplomatycznych, i innych gości. Urbšys na tych żurfiksach nie bywa. Interesik, dla którego udałem się dziś na żurfiks, dotyczy projektu odezwy uniwersyteckiej w sprawie zamknięcia Litewskiego Towarzystwa Naukowego w Wilnie. O projekcie tej odezwy pisałem w swoim czasie w dzienniku. Senat akademicki zaaprobował ten projekt, ale sprawa na tym utknęła, bo rząd (premier Mironas i Ministerium Spraw Zagranicznych) nie bardzo chciał tego i zwlekał, bojąc się obrazić Polskę i nie chcąc komplikować toczących się rokowań i układów oraz konieczności liczenia się z Polską jako czynnikiem politycznym w różnych ewentualnościach trudnej sytuacji międzynarodowej. Skądinąd wszakże Janulaitis, który niełatwo daje sobie wyperswadować to, na co się uwziął, nie ustawał w staraniach i zabiegach dźwignięcia tej odezwy z martwego punktu. Ostatnio też wskórał tyle, że minister Urbšys wyraził zgodę na taką odezwę pod warunkiem, że tekst jej ulegnie rewizji i zostanie w pewnych zwrotach złagodzony, i następnie pod tym warunkiem drugim, że zostanie ona przesłana tylko rektorom uniwersytetów polskich i Polskiej Akademii Umiejętności, ale nie będzie nigdzie poza tym ogłaszana publicznie lub przesyłana, jak początkowo sfery uniwersyteckie chciały. Janulaitisowi chodzi o tę odezwę choćby już tylko w tej ograniczonej postaci, toteż nalegał wciąż na mnie, abym się porozumiał z Urbšysem co do rewizji tekstu. Trudno to zrobić z samym Urbšysem, który zresztą czasu nie ma na deliberowanie szczegółów tekstu odezwy. Toteż udałem się do pośrednictwa p. Urbšysowej, która zresztą ma żyłkę literacką. Prosiłem ją, żeby sama tekst projektu przejrzała, porozumiała się z mężem i zaprojektowała zmiany pożądane ze stanowiska dyplomacji, a następnie skieruję już Janulaitisa wprost do niej. Sam już wyjeżdżam i sprawa ta tak czy inaczej zakończy się w mojej nieobecności. W ogóle nie wiem, czy coś z tego jeszcze będzie i czy ewentualnie nie byłaby to łyżka po obiedzie, ponieważ sprawa zamknięcia Litewskiego Towarzystwa Naukowego w Wilnie już się przez czynniki polskie łagodzi i reformuje. Toczą się już tam i dobijają końca rokowania z Litwinami miejscowymi w Wilnie o zreformowanie statutu i poniekąd nazwy Towarzystwa, po czym zreformowanemu Towarzystwu mają być zwrócone zbiory i majątek zamkniętego Towarzystwa. Zdaje mi się, że byłoby dość dziwacznym występowanie z odezwą protestacyjną
8
uniwersytetu wtedy, kiedy się już ubija kompromis, podczas gdy się milczało poprzednio przez cały niemal rok od czasu zamknięcia Towarzystwa i sekwestracji jego majątku i zbiorów, gdy sprawa była w stadium najostrzejszym. Chciałem pójść wieczorem do Karininkų Ramovė na pożegnanie litewskiego chóru wileńskiego „Varpas”, który gościł w Kownie i odjeżdża. Pożegnanie urządzał komitet przyjęcia chóru. Miałem zaproszenie. Poleniłem się jednak w ostatniej chwili i nie poszedłem. W tych dniach wystąpiły z jakąś herbatką czy obiadem pożegnalnym dla tego chóru koła opozycyjne ludowców i chrześcijańskich demokratów, które zaprosiły licznych gości na tę ucztę pożegnalną, aby zademonstrować swoją popularność i przy tej okazji wypowiedziały kilka mów demonstracyjnych. Nie byłem na tę ucztę zaproszony, słyszałem, że demonstracja ta nie wywołała entuzjazmu uczestników ani też członków chóru wileńskiego. Opozycja forsuje swój aktywizm, ale zdaje się być na rozdrożu ideowym. 11 stycznia, rok 1939, środa Byłem w Rotary-Clubie na obiedzie. Referacik o Sowietach ze swoich wrażeń i spostrzeżeń bezpośrednich wygłosił Tallat-Kiełpsz, dyrektor wielkiego krajowego kombinatu eksportowego mięsnego „Maistas”, który co roku koło Bożego Narodzenia jeździ do Moskwy w sprawach eksportu. W referacie swoim usiłował on uwydatnić wielką dysproporcję między ogromnym na olbrzymią skalę rozmachem instalacji i inwestycji w Sowietach a więcej niż skromnym rozwojem potrzeb, do których te instalacje służyć mają, oraz skalą zaspokajania potrzeb elementarnych w zakresie spożycia (pokarmu, odzieży itd.). Nie bardzo mu się to jednak udawało, choć mówił dowcipnie i obrazowo. Zakres spożycia nie przedstawia się w jego relacji bynajmniej tak nędzny, jakim go lubią przedstawiać krytycy Sowietów, a że inwestycje przerastają skalę potrzeb aktualnych – to ostatecznie nic w tym bardzo dziwnego nie ma, bo w racjonalizacji rozwoju społecznego, jaką wykonują Sowiety, muszą one w instalacjach obliczać zawczasu skalę wielkiego przyrostu potrzeb zracjonalizowanych w miarę postępowego owocowania racjonalizacji. Wieczór spędziłem w domu. Byłem w kinie z Jadzią od ósmej. Niestety, ostatnie dni przed wyjazdem, jak zwykle, mam przeładowane rozmaitymi interesami, które ze wszech stron wyrastają i pochłaniają mię nadmiernie. Słówko o Kłajpedzie i opozycji. Kłajpeda stała się dziś już faktycznie republiką odrębną, luźnie jeno z Litwą związaną. Ewolucja od autonomii do Freistadtu jest ogromna. Zlikwidowana już została policja bezpieczeństwa państwowego w Kłajpedzie, skasowano przysięgę na wierność państwową członków sejmiku, odwołano rozmaite zarządzenia dawniejsze, które się nie podobały Niemcom, lub ogłoszono nowe, których się Neuman domagał. Państwo stało się w Kłajpedzie bezsilnym i korzysta tylko z portu, z ceł, poczty i kolei żelaznych. Opozycja litewska, złożona z voldemarasowców, chrześcijańskich demokratów, fragmentowych ludowców, organizuje się tam jak chce i stamtąd prowadzi swoją propagandę. Wódz voldemarasowców Sliesoraitis funkcjonuje jak „Führer” litewski, ogłasza rozkazy, mianuje swoich funkcjonariuszy (dr Pajaujisa). Opozycja ta wydaje pisemko, które się nazywa obecnie „Bendras Žygis”, w którym krytykuje i napada na rząd, domaga się władzy, trąbi o konsolidacji i jedności zorganizowanego ruchu, obejmującego wszystkie obozy. Cokolwiek by jednak ci panowie mówili – faktem jest, że działają pod osłoną czynników niemieckich Neumana, pod skrzydełkiem najistotniejszego wroga państwowości litewskiej i korzysta z ruchu, który faktycznie i formalnie odrywa Kłajpedę od Litwy. Gdyby nawet intencje opozycji były najlepsze, w co nie wątpię (przynajmniej w stosunku do większości jej działaczy) i gdyby nawet zalecane przez nią metody „konsolidacyjne” były same w sobie dodatnie, co jednak wymagałoby wielu zastrzeżeń, to i w takim razie kto wie, czy nie większą byłaby szkoda, jaka ruch ten wyrządza Litwie, gnieżdżąc się i samym swoim istnieniem pogłębiając rozdział Kłajpedy od Litwy i spekulując na czynniku anarchii i chaosu państwowego, celowo wytwarzanego przez neumanowców dla oderwania Kłajpedy i bynajmniej nie dla „wolności”. Śmieszne jest zdanie, które dziś usłyszałem od p. Felicji Bortkiewiczowej, że Kłajpeda jest dziś „jedynym wolnym
9
zakątkiem Litwy”. Wolność z rąk Hitlera? Dziękuję za nią i nikomu, a zwłaszcza Litwie, jej nie winszuję. 12 stycznia, rok 1939, czwartek Dzionek po dzionku zbliża mię do wyjazdu. W ciągu całych ferii świątecznych Bożego Narodzenia i Nowego Roku mało miałem czasu do poświęcenia zwykłej mojej szeregowej pracy domowej. Wpierw przeszkadzała mi w tym Kotuńka Pruszanowska, która zresztą kompensowała to sowicie przyjemnością, jaka mi sprawiała sobą, teraz – mnóstwo interesów związanych z wyjazdem i piętrzących się jak wieża Babel, że się muszę kręcić jak w ukropie, aby wszystkiemu podołać i nadążyć. Ani na cichą pracę domową, ani na słodki „kiejf” domowy na łonie mojej nowej rodzinki – czasu nie mam. Gdy wrócę – a będzie to zapewne dopiero po paru miesiącach – Kotusieńka nasza znacznie już urośnie i zmądrzeje bardzo, bo jak dotąd jeszcze tej mądrości ma mało. Mamkę Jadzia już odprawia. Mało z niej korzyści. Jest dość kapryśna, kosztuje drogo, je za kilku, a jej mleka mała nie cierpi, wypluwa, krzyczy, womituje. Nieoceniona i niezastąpiona przy dziecku jest babunia, stara matka Jadzi, Urszula Čepasowa. Bóg ją nam zesłał. Bez niej Jadzia by się zmęczyła i żadne niańki by jej nie sprostały. Čepasowa nie dośpi w nocy, kocha dziecko, jest cierpliwa i słodka, nigdy dziecka nie skrzywdzi i nie zniecierpliwi się, jest pełna serca i anielskiej słodyczy, bardzo lubi wozić dziecko w wózku po mieście. Dziś przed południem byliśmy z Jadzią i dzieckiem u fotografa – w zakładzie „Zinaida”, najlepszym w Kownie. Sfotografowaliśmy Kotusieńkę samą, z Jadzią i z nami obojgiem. Fotografie te przyśle mi Jadzia do Hagi. Wieczorem miałem posiedzenie senatu akademickiego na uniwersytecie. Posiedzenie było krótkie. Chodziło o sprawy najpilniejsze i o zarządzenie w związku z moim wyjazdem. Mam już paszport z wizami wszystkimi, których potrzebuję, mam pozwolenie Komisji Walutowej na wywóz florenów holenderskich. 13 stycznia, rok 1939, piątek Dziś miałem znowu dzień dobrze naładowany. Rano byłem w Izbie Rolniczej w sprawie zamówienia transportu cegieł z Kurszan do Bohdaniszek na budowę latem drugiego piętra świrna. W związku z tym transportem cegieł, który w przyszłym tygodniu w trzech wagonach przyjdzie do Abel i który trzeba będzie w Abelach wyładować i przewieźć do Bohdaniszek, co będzie wymagało do 90 furmanek, do Bohdaniszek uda się na przyszły tydzień Jadzia, aby osobiście zwózkę cegły zarządzić. Potem w Banku Komercyjnym zrobiłem sobie zapas pieniędzy waluty obcej na drogę i początek pobytu w Hadze. Nabyłem za 1000 litów nieco ponad 300 florenów holenderskich i oprócz tego 20 marek niemieckich w srebrze na przejazd przez Niemcy (innych marek niemieckich, jak w monetach srebrnych i więcej ponad 20 marek do Niemiec wwozić nie można). W biurze podróży Cooeka kupiłem za 108 lt bilet II klasy z Kowna do Hagi (bajecznie tanio!) i za 35 lt miejsce w wagonie sypialnym do Berlina. Potem byłem w sprawach uniwersyteckich u ministra oświaty Tonkunasa, następnie załatwiłem sprawy bieżące na uniwersytecie i udałem się na audiencję do prezydenta Rzeczypospolitej Smetony. Po obiedzie na godzinę 6 byłem przez Jana Vileišisa zaproszony do wygłoszenia referatu o sądzie administracyjnym w tzw. Klubie Politycznym w sali „Pienocentrasu”. Klub Polityczny, założony przed laty 9, jakiś czas zawieszony przez władze po dyskusji w sprawach Wilna, w której prof. Czepiński był się wypowiedział za zaniechaniem dąsów na Polskę za Wilno, potem znów czynny, właściwie wegetuje tylko, ale bądź co bądź urządza co pewien czas zebrańka odczytowo-dyskusyjne na różne tematy aktualne. Zbierają się tam przeważnie sfery opozycyjne, chrześcijańsko-demokratyczne i ludowców. Na zebraniu dzisiejszym było kilkunastu członków i gości, spośród nich znaczniejsi: Jan Vileišis, członek Rady Stanu Byla, adwokat Antoni Tumėnas, adwokat Raulinaitis, asystent Żakiewicz, farmaceuta Makowski, grono młodszych adwokatów i studentów. Referat udał mi się dobrze. Analizowałem dwa projekty – projekt komisji Rady Stanu (mój) i projekt komisji sejmowej (Merkys). Potem była ciekawa dyskusja, szereg zapytań, na które
10
odpowiadałem, wreszcie długa i niesłychanie nudna mowa Tumėnasa, który nie jest człowiekiem głupim, ale kruczkowatym i drobiazgowym a upartym, a w zagadnieniach prawa publicznego i w szczególności sądu administracyjnego nie kapuje nic, toteż dobrze go skrytykowałem i odparłem jego usiłowania polemiczne. 14 stycznia, rok 1939, sobota Dziś przed obiadem miałem trzy długie godziny posiedzenia Litewskiej Komisji Międzynarodowej Współpracy Intelektualnej w sali posiedzeń Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Było to walne doroczne zebranie plenum Komisji. Na zebraniu przewodniczyłem jako prezes Komisji. Komisja nasza jest organizacją na poły społeczną, na poły rządową. Jest nawiązana do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i opiera się na statucie, udzielonym jej przez ministra spraw zagranicznych. Zarząd czy prezydium jej składa się z prezesa, którym jest ex officio rektor uniwersytetu, dwóch członków, wybieranych co roku przez walne zgromadzenie (obecnie prof. Janulaitis i prof. Purėnas) i sekretarza generalnego, mianowanego przez ministra spraw zagranicznych i płatnego z kredytów tegoż ministerstwa (obecnie jest nim Staneika). Do składu plenum Komisji należą przedstawiciele różnych organizacji i instytucji kulturalnych: po jednym delegacie każdego wydziału uniwersytetu, dyrektor Radiofonu, dyrektor Elty, prezes Związku Literatów („Lietuvių Rašytojų Draugija“), dyrektor Konserwatorium, dyrektor Teatru, prezes Towarzystwa Dziennikarzy, przedstawicielka organizacji kobiecych etc., etc. Ogółem było dziś do 30 osób. Tradycyjnie obrady ogólnego zebrania zagaja minister spraw zagranicznych, po czym prezes Komisji odczytuje obszerne przemówienie sprawozdawcze, ułożone z góry przez sekretarza generalnego i przejrzane przez czynniki ministerstwa. Porządek dzienny wypełniły referaty sprawozdawcze, dotyczące różnych sfer działalności Komisji i w ogóle potrzeb współpracy kulturalnej. Referatów takich porządek dzienny zawierał kilkanaście. Po każdym referacie szły debaty, rezolucje zaś będą uchwalone na końcu. Porządku dziennego dziś nie wyczerpano i dalszy ciąg zebrania odroczono do wtorku. Wieczór spędziłem w domu. Żadnych innych prac już nie mam. Przeziębiony jestem i wściekle zakatarzony na podróż, która mię czeka jutro. 15 stycznia, rok 1939, niedziela Z ciężkim sercem wyjeżdżam do Hagi. Gdyby nie na tak długo, rad bym był tej jeździe, bo na ogół mam wielki sentyment do Hagi, do Holandii, nawet do hotelu Vieux Doelen i – pomimo ciężkiej i nerwującej pracy w areopagu Sprawiedliwości Międzynarodowej – lubię ostatecznie to poważne i dzielne środowisko mądrych sędziów i z przyjemnością je wspominam, a miły mi jest także własny gabinet do pracy w pięknym Pałacu Pokoju. Gdyby mi Jadzia towarzyszyć mogła albo chociaż dojeżdżać miała, to nic by mi już nie brakowało. Ale odjechać na tak długo – na miesiąc, może na dwa – Jadzię, dom, Kotusieńkę naszą i być skazany na samotność, ewentualnie mieć jakieś dolegliwości na zdrowiu bez opieki i pomocy domowej – to ciężko już w moim wieku. Do obiadu przygotowałem się już zupełnie do podróży, po obiedzie poszedłem z Jadzią do cukierni Konrada, a wreszcie udaliśmy się wprost stamtąd na dworzec kolejowy. Rzeczy dowiozła z domu Paulinka. Na dworcu spędziliśmy z Jadzią w bufecie jeszcze parę ostatnich godzin pożegnalnych. W ostatniej godzinie przed odejściem pociągu zaczęli się gromadzić przyjaciele moi młodzi odprowadzający mię, a więc moi asystenci Mackus i Raczkowski, naczelnik kancelarii uniwersyteckiej Zygmunt Gurewicz, Andrzej Mieczkowski i Pauža. Rychło się doczekaliśmy pociągu. Odprowadzili mię wszyscy i posadzili do wagonu sypialnego. Zaledwie się pożegnałem z Jadzią i wszystkimi odprowadzającymi i zaraz pociąg ruszył. Jadziuńka miała łzy w oczach. Popłakała potem z pewnością dobrze. Przywiązańszej od niej żony trudno wyobrazić. Kocha mię i tęskni do mnie ciągle jak do młodziutkiego kochanka. Zacności i wierności moja! Mówią ludzie o psie, że jest przywiązany i wierny. Człowiek – kobieta – żona – prześciga wszystko inne na świecie, oczywiście gdy jest dobra żona. Odjechałem. Siedziałem w swoim zamkniętym cuopé sypialnym
11
sam jeden. Czytałem trochę, nie obserwowałem stacji litewskich, rozmyślałem. Prędko dojechałem do granicy pruskiej. Ejtkuny – obecnie przez Niemców przezwane Eydtkau, aby brzmienie litewskie nazwy usunąć. Mam paszport dyplomatyczny, rewizji więc celnej na granicy mi nie robiono. Zarejestrowałem tylko pieniądze, które wiozę. Od Ejtkun już się kładę spać. 16 stycznia, rok 1939, poniedziałek Podróż miałem nieciekawą. Przede wszystkim, wczoraj w drodze do Berlina bardzo źle spałem. Pościel w przedziale sypialnym była dobra, byłem sam jeden w przedziale, pod tymi względami było więc dobrze, ale w przedziale było gorąco i duszno. Powietrze było przeraźliwie suche. Na mój katar było to dobre, ale zasnąć nie mogłem. Przewracałem się z boku na bok, rzucałem rękami, ale nic nie pomagało. Trochę lepiej się zrobiło, gdym umoczył ręcznik i położył go sobie na głowę, a potem powiesiłem go mokry, aby schnął i zwilżał powietrze. Przyjechałem rano do Berlina niewyspany i zmęczony. W Berlinie zjadłem tylko śniadanie i za półtorej godziny siedziałem już w pociągu na Holandię. Wagon II klasy idący na Hoek van Holland na statek londyński (wagonu bezpośredniego do Hagi z Berlina nie ma, przyczepiają go dopiero w Holandii, trudno do niego w biegu pociągu przesiadać, ale to już dopiero na terytorium holenderskim), był tak przepełniony, że siadłem i całą drogę jechałem w wagonie klasy I. Wagon był przepełniony... Żydami. Jechali jacyś Żydzi z Polski, handlowcy czy spekulanci, sądząc z rozmowy, ale szczególnie liczna była cała gromada Żydów – może rodzina, może parę rodzin – z Litwy lub Łotwy. Była tam stara Żydówka mówiąca po rosyjsku, kilka młodych Żydóweczek i cała zgraja młodziutkich charakterystycznych Żydków w wieku lat kilkunastu do dwudziestu. Pełno ich było w całym wagonie, w przedziałach i na korytarzu. Ruch i szwargot robili nieustający, patrzeli przez okna, wybiegali na stacjach, kupowali sosiski, rozkładali rzeczy i niezliczone zapasy jedzenia i jedli w wagonie; gadali po niemiecku, po polsku, po rosyjsku, po litewsku, a jechał z nimi jakiś jakby młody Litwin, który tylko po litewsku się do nich odzywał, i jakieś dwie Polki młode, ale wszystko to stanowiło jedną gromadę. Aż zniecierpliwili jakiegoś Niemca, który się zamieszał do tego wagonu i wyłajał ich brutalnie, krzycząc i gorsząc się rozpanoszeniem tych pariasów rasowych na terenie antysemickim Niemiec. Wszystko to jechało do Londynu. I mnie się ci Żydzi uprzykrzyli na dobre, bom był zmęczony i senny. Żydzi jednak poniekąd sami sobie winni, że ich zewsząd pędzą i że w państwach narodowych narasta antysemityzm. Nie mają oni czucia wartości państwa narodowego. Słuchałem rozmowy dwóch Żydów polskich jadących ze mną w coupé I klasy i rozmawiających po polsku. Traktują oni państwo prawie jak nieprzyjaciela, a w każdym razie nie czują się z nim solidarni i uważają walkę z nim i oszukanie go w kontrakcie czy interesie, w podatkach i świadczeniach za rzecz nie zdrożną, lecz taką, którą się chwalić można. Są poniekąd pasożytami, a w każdym razie ciałem obcym. Gospodarze narodowi państw nacjonalistycznych to odczuwają i widzą i Żydów traktują jako szkodników i jako balast nieużyteczny. Co prawda, i antysemityzm swoją drogą sam oddala Żydów od państw, w których żyją, bo trudno żądać od Żydów lojalizmu i serca ofiarnego, gdy się ich znieważa i odpędza. Sprawa żydowska to wielki dramat społeczny. Starymi metodami równouprawnienia sprawy tej się nie rozwiąże obecnie. Rozwiązania dojrzewają inne, bolesne, ale kto wie, czy ostatecznie nie wyjdą im na dobre. Są to rozwiązania narodowo-komasacyjne, które wymagałyby usunięcia Żydów, ale na to trzeba znaleźć teren, dokąd ich można skomasować. Tymczasem metoda niemiecka jest dziko okrutna: pędzi się Żydów, gnębi, wyzuwa z mienia, klasuje w jakąś kategorię upośledzoną, ale wyjścia nie daje. A znów Żydzi nie są bodaj w stanie zrozumieć czy wyczuć zarazę psychiczną duszy niemieckiej, zapatrzoną w legendę rasy, którą sobie stworzyła. Trudno znaleźć treść, która by wypełniła przepaść między utopią rasizmu niemieckiego, okrutną dla obcych, ale dźwigającą cały zahipnotyzowany legendą naród niemiecki do ciągłego czynu i biegu coraz bardziej rozpędzonego – a psyche żydowską. W Hadze stanąłem wieczorem. W hotelu Vieux Doelen dano mi pokój № 38, po tutejszemu na II piętrze (po naszemu – na III), bardzo ładny i efektowny, z oknami na piękny, porosły starymi
12
drzewami obszerny plac Tournooiveld (stary plac turniejów rycerskich w wiekach średnich), z ogromną łazienką. W hotelu Vieux Doelen czuję się prawie jak w domu. Znam tu wszystkich ze służby i służba mię zna i wita jak starego przyjaciela. 17 stycznia, rok 1939, wtorek Pierwszy dzień w Hadze, dzień kiejfu. Żadnej pracy jeszcze nie ma, nic na głowie. Pierwsze posiedzenie dopiero pozajutro. Delegacja litewska – Mandelsztam ze świtą, to znaczy Tadeusz Pietkiewicz, Kriwicki, Antoni Tamošaitis, Montvilas, de Faria e Castro i maszynistka – przyjeżdża dopiero dziś wieczorem, formalności wizyt, raczej ekspedycji biletów wizytowych – dopiero jutro. Dzisiaj nic. Kiejf jest niezupełny tylko dlatego, że czuję się wciąż przeziębiony: katar nie ustał, nocami kaszlę bardzo, łamanie w nogach, ciężka głowa, nocami wargi brzękną i niesmak w ustach. Rodzaj grypy. Ale muszę być na stanowisku, nie mogę ulec chorobie. Jakoś to przejdzie. Będę uważny, będę się szanował. Na ogół niedobrze się czuję. Wilgoć tutaj wielka, słota, deszcz pada, pogoda taka, jak u nas w głębokiej jesieni. Od razu odezwał mi się reumatyzm w lewym kolanie. Nastraszony jestem o zdrowiu, czuję wielki upadek sił, wejście dwóch pięter po schodach szalenie mię męczy, lękam się, żeby to już nie był rak, przy którym zwłaszcza uwydatnia się wielkie osłabienie, boję się też o rupturę moją. Jestem bardzo wrażliwy i skłonny do wmówienia w siebie wszelkich dolegliwości. Ale że ze zdrowiem moim jest źle, to fakt. Siedziałem przeważnie w hotelu. Wychodziłem tylko rano po sprawunki potrzebne mi do pobytu w Hadze. W papierach, przysłanych mi z kancelarii Trybunału, jest plan rozlokowania sędziów na posiedzeniach publicznych i na posiedzeniach sędziowskich. Z planu tego spostrzegam, że trzej sędziowie nie wezmą udziału w rozprawie: Anzilotti, de Bustamante i Urrutia. Wielka szkoda, że nie będzie Anzilottiego. To niewątpliwie najlepszy z sędziów i mam wrażenie, że jego udział byłby dla tez litewskich dodatni. Za to wezmą udział dwaj sędziowie nowi, którzy przy rozpoznawaniu ekscepcji preliminarnych litewskich w tej sprawie latem nie zasiadali: Amerykanin ze Stanów Zjednoczonych Hudson i Finlandczyk Erich. 18 stycznia, rok 1939, środa Ostatni dzień przed rozpoczęciem pracy w Trybunale. Delegacja litewska przyjechała już do Hagi, oprócz Tadeusza Pietkiewicza, który z powodu grypy połączonej z gorączkowaniem nie wyjechał. Kriwicki, Tamošaitis i Montwiłł zachodzili do mnie dwukrotnie, konferowali. Odwiedził mię też Mandelsztam. Z kancelarii Trybunału przysłano wykaz kwestii, które chce zgłosić dla wyjaśnienia przez agentów stron nowy sędzia fiński p. Erich. Z pytań tych widać, że Erich wchodzi bardzo pedantycznie w sedno rzeczy i stara się poznać nie tylko osobno wzięte stanowisko Litwy wobec pretensji towarzystwa „Esimena”, ale także wszystkich naszych państw nowych, w których były przedsiębiorstwa kolejowe dawnego rosyjskiego Pierwszego Towarzystwa Kolejek Podjazdowych, którego kontynuatorką się mieni Esimena estońska. Moje przeziębienie jeszcze nie ustało i nawet właściwie nie czuję kategorycznego wzrostu na lepsze. Niepokoi mię też wielki upadek sił fizycznych, który wyczuwam. Wejście po schodach na dwa piętra do numeru mojego w hotelu niesłychanie mię męczy. Wobec tego nie wyszedłem dziś z hotelu na miasto. Pogoda zresztą w Hadze fatalna. Ciepło prawie jak latem, ale deszcz pada, słota, pochmurno, powietrze mgliste. Na wieczór wypiję herbaty gorącej z koniakiem, a na noc do łóżka wezmę aspiryny i wcześnie się położę. Właściwie jestem chory i gdybym był w Kownie, to bym zapewne przez kilka dni zaszanował się w domu i nie wychodził. Ale gdzie tu Haga, pomimo wszelkich wygód w hotelu, zastąpi dom i złotą opiekę serca Jadzińkowego. Jem też mało. Jedzenie obfite mi szkodzi i zresztą nie mam wielkiego apetytu. Jadłem śniadanie zwykłe rano (filiżanka kawy, chleb, masło, konfitury, parę przeźroczystych plasterków wędliny i takiż plasterek sera), na lunch – homara świeżego pod majonezem i z sałatą i miniaturowy kawałek ryby, wieczorem do herbaty – parę leciutkich jak piana sandwiczów z serem. Jedzenie smaczne, ale niedużo.
13
Otrzymałem list od Zygmunta Gurewicza z uniwersytetu, że nieporozumienie, wynikłe w przedmiocie dokonanej mi na wyjezdnym wypłaty honorarium za cykl wykładów w Wyższej Szkole Wojskowej (podpisałem pokwitowanie nie licząc, ile wypada i przyjąłem pieniądze nie licząc, a potem się okazało, że otrzymałem tylko 600 litów, a po sprawdzeniu należności okazało się, że musiałem otrzymać 1200 litów ) – już się wyjaśniło. Istotnie wypłacono tylko 600 lt – na razie, a drugich 600 nie wypłacono, bo pieniędzy w kasie nie było i szkoła powinna zebrać te pieniądze z zaoszczędzeń na innych pozycjach. Nie było więc żadnej pomyłki i nie będę pokrzywdzony. 19 stycznia, rok 1939, czwartek Dziś w Trybunale Międzynarodowym rozpoczęcie rozprawy głównej w sprawie estońskolitewskiej o kolejkę Panevėžys-Saldutiškis. Na godzinę 10.30 wyznaczone krótkie inauguracyjne posiedzenie porządkowe, na godzinę 11 – początek rozprawy na posiedzeniu publicznym. Godzina 10.30 rano. Zbieramy się w sali № 3 na dole. Le cour w komplecie, prócz tych trzech sędziów, którzy z góry nieobecność zastrzegli i w sprawie tej udziału już nie wezmą. Są to sędziowie: Anzilotti, którego matka umarła, Urrutia, który zachorował w Paryżu na grypę, i de Bustamante, który bawi w Hawanie i też się na chorobę powołał. Reszta – wszyscy. Po raz pierwszy poznaję sędziego Hudsona ze Stanów Zjednoczonych, który doskonale mówi po francusku i sprawia wrażenie przyjemne, i nowego sędziego Ericha z Finlandii, który debiutuje na stanowisku sędziego. Jest to sprzed wojny i po wojnie do roku 1927 profesor prawa międzynarodowego i konstytucyjnego na uniwersytecie w Helsinkach, autor rozpraw, w których bronił praw państwowych Finlandii przeciwko Rosji przed wojną, od roku 1927 aż do wyboru na sędziego w Hadze – dyplomata fiński; był posłem u Ligi Narodów w Genewie, potem w Sztokholmie, wreszcie w Rzymie u Kwirynału. Człowiek grzeczny, uważny; powiadają, że pedant i drobiazgowy. On będzie moim bezpośrednim sąsiadem na posiedzeniach publicznych i sędziowskich. Reszta wszyscy znajomi: prezes Guerrero, wiceprezes sir Cecil Hurst, hrabia Michał Rostworowski, Fromageot, który znacznie lepiej wygląda niż latem, Altamira, Negulesco, van Eysinga, Nagaoke, Chong, de Visscher, estoński sędzia narodowy ad hoc Strandman, greffier Lopez Oliván. Posiedzenie porządkowe sędziów – krótkie. Niektórzy wzmiankują, jakich by jeszcze dokumentów i informacji należało od stron zażądać. Ale na razie to się odracza do zakończenia debat ustnych stron. W togach robimy uroczyste wkroczenie na salę rozpraw publicznych. Tym razem moje ostatnie miejsce jest kresowe po prawej stronie prezesa. Toteż w sznurze sędziów kroczę ostatni, podczas gdy sędzia Strandman kroczy po greffierze Olivánie pierwszy. Na posiedzeniu publicznym nowy sędzia Erich składa przepisowe ślubowanie uroczyste. Wywołuje się nasza sprawa. Prezes udziela słowa agentowi estońskiemu baronowi Borysowi Nolde. Exposé Noldego obszerne, szczegółowe, bardzo wyczerpujące. Zabiera ono oba posiedzenia dzisiejsze – przedobiednie i poobiednie. Dalszy ciąg przekłada się na jutro. Sądząc z tempa, exposé Noldego zajmie cały dzień jutrzejszy. Nolde jest bardzo zręczny i wytrawny adwokat. Giętką ma myśl, dobry polemista, nie tyle czyta tekst przygotowany, ile mówi. Wydaje się bieglejszy od naszego Mandelsztama i lepiej panuje nad tematem, podczas gdy Mandelsztam jest tylko głośnikiem tekstu ułożonego przez grono współpracowników zdominowane przez Pietkiewicza, a Pietkiewicz i jego szkoła (Kriwicki, Montwiłł) lubuje się zbytnio w kazuistyce, czego Nolde ma mniej. Wywody Noldego mają szersze tchnienie, swobodniejszy polot myśli. Ale ekwilibrystyka sofistyczna jest u Noldego duża. Wieczorem w Hadze była dwugodzinna próba obrony biernej przeciwko napaści powietrznej wroga. Były pogaszone na ulicach i po domach światła, przynajmniej tyle, żeby najmniejszy promyk światła nie przedostawał się przez żadną szczelinę na zewnątrz. W moim pokoju w hotelu okna były zadrapowane ciężkimi sztorami i mówiono, że będzie można mieć lampy zapalone. Ale okazało się, że sztory nie zasłaniały dostatecznie światła. Musiałem więc pogasić wszystkie światła w pokoju i tylko w łazience mogłem ze światła korzystać. Na dole w salach gościnnych goście mogli ze światła korzystać, okna były szczelnie zadrapowane, ale ja tam nie szedłem, bo byłem już
14
na poły rozebrany. Toteż nie zostawało mi nic innego, jak o 9 wleźć do łóżka i spać bez żadnego czytania. Tym lepiej. 20 stycznia, rok 1939, piątek W dalszym ciągu exposé barona Nolde. Rano dwie godziny i po obiedzie dwie godziny. Skończył. Odpowiedź Mandelsztama wyznaczona na wtorek rano. Debaty ustne stron zajmą pewnie cały tydzień przyszły. Obrady sędziów rozpoczną się chyba od początku lutego. Nolde jest polemista zręczny i mówca też dobry, adwokat doskonały, ale przez to samo jest zręczny na wykręty. Skończył swoje przemówienie tonem zwycięstwa, jak gdyby obalił wszystko, co można powództwu zarzucić. Pewności siebie, aplombu – ma nadmiar. Jutro z rana – posiedzenie prywatne sędziów w sprawie ewentualnych zapytań dodatkowych stronom. Poza posiedzeniami w Trybunale siedzę w hotelu i nigdzie nie wychodzą. Szanuję zdrowie. Chcę zwalczyć mój katar. Zwalczam go koniakiem, aspiryną, wczesnym kładzeniem się z wieczora do łóżka. Idzie jednak opornie. 21 stycznia, rok 1939, sobota Mamy w Trybunale parę dni wolnych w debatach ustnych stron. Albowiem mowa agenta litewskiego Mandelsztama w odpowiedzi na mowę barona Noldego – wyznaczona na wtorek rano. Bylibyśmy więc na razie swobodni, ale prezes Guerrero zwołał dziś na godzinę 11 w sali Bol posiedzenie porządkowe czy dyspozycyjne sędziów dla omówienia niektórych kwestii, związanych z debatami ustnymi stron. Przede wszystkim chodziło o pewną kwestię czysto formalną co do trybu regulaminowego w przedmiocie złożenia wczoraj przez Noldego po zakończeniu mowy pewnych dokumentów, uzupełniających procedurę piśmienną. Była to zresztą tylko kwestia „talmudyczna”, bez żadnego znaczenia i merytorycznie nic nie warta. Następnie powstała kwestia zapytań, które by ewentualnie sędziowie chcieli jeszcze skierować do stron. Chodziło przede wszystkim o pytania, zgłoszone jeszcze przed rozprawą przez sędziego Ericha. Następnie zgłoszenie pewnych pytań podniosłem jeszcze ja i sędzia Hudson. Pytania Ericha są dosyć zawiłe i nieścisłe, zresztą większej wagi nie mają. Dotyczą nie tyle pewnych faktów, ile różnych domniemań, intencji itp. Niektóre z nich od razu się wyeliminowały, co do innych – jeszcze odroczono je do wyjaśnienia po zupełnym zakończeniu debat stron. W ogóle Erich uzasadniał swoje zgłoszenie dosyć mętnie i na mnie nie uczynił wrażenia dobrej głowy prawniczej. Nie przeszkadza to temu, że mi jest na ogół sympatyczny. Dobre natomiast wrażenie robi Hudson. Wrażenie swoiste. Jest to człowiek żywy i bardzo czynnie na wszystko reagujący. W poważnym gremium sędziów, trzymających się sztywno i trochę nawet onieśmielająco, jak mumie (zresztą tylko do czasu, dopóki się nie zaczną pasjonować do walki o przekonanie w sprawie, co nastąpi niewątpliwie później) – otóż w tym areopagu powag nabalsamowanych i nakrochmalonych Hudson zachowuje się z temperamentem łobuza amerykańskiego: śmieje się głośno, przesiada, gdzie mu jest wygodniej, nie przestrzegając regulaminowego porządku miejsc, mówi bez żadnej solennej uroczystości, wali prosto z mostu, co mu myśl i temperament przynosi, miesza i przeplata względy prawne ze względami sprawiedliwości merytorycznej, jest trochę jak enfant terrible w tym napuszonym ceremonialnym zespole sędziów, którzy cedzą, nie gestykulują, rozważają. Typowy Amerykanin USA, wielkie dziecko, pełne życia, wrażliwe i wcale nie głupie. Wobec niego się nie czuje skrępowania. Jest ludzkim Naturmenschem. Myśli swoich nie owija w bawełnę, szczerze szuka elementów prawdy. Poparł on gorąco moje pytanie co do ustalenia daty, kiedy Estonia i Litwa uznały siebie wzajemnie, co może mieć znaczenie dla kwestii ciągłości obywatelstwa Esimeny lub braku tej ciągłości (ma to wagę dla jednej z ekscepcji zgłoszonych przez Litwę), podniósł też Hudson zgłoszenie pytania w sprawie składu osobistego i narodowości (obywatelstwa, poddaństwa) akcjonariuszy Esimeny w początku jej powstawania i później. Altamira i Visscher słusznie wprawdzie zastrzegli, że pod względem ściśle prawnym kwestia narodowości akcjonariuszy właściwie jest obojętna, ale sir Cecil Hurst i Fromageot, przyznając wprawdzie, że trudno jest wyciągnąć wnioski prawne, podkreślili, że
15
dla ogólnego obrazu sprawy (raczej dla jej strony moralnej) pytanie takie jest niewątpliwie ciekawe, mianowicie skonstatowanie ściślejsze tego, co się w całej sprawie wyczuwa, że na razie do Esimeny przygarnęli się drobni akcjonariusze, podczas gdy później dorwali się do niej spekulanci i geszefciarze, w których akcjonariusze pierwotni utonęli i którzy opanowali Esimenę i zrobili z niej teren wielkiego geszeftu spekulacyjnego własnego. Że Esimena służy nie tyle likwidacji praw akcjonariuszy dawnego towarzystwa rosyjskiego, ile narzędziem zysków i spekulacji różnych Hoffów, starych przedwojennych spekulantów bankowych z Rosji na emigracji, kilku czy kilkunastu sprytnych Żydów, emigrantów rosyjskich, adwokatów węszących interes – na to w sprawie jest bardzo dużo poszlak, zwłaszcza wyrok angielskiego sędziego Wrighta. Zdaje się, że na takich sędziów, jak Hudson, jak Hurst, jak Fromageot – to robi wrażenie. Kto wie, czy zechcą oni dawać wyrok na usługi spekulacji nieczystej, łowiącej ryby w mętnej wodzie kruczków prawnych. 22 stycznia, rok 1939, niedziela Ze zdrowiem moim wciąż jest niedobrze. Niepokoi mię to nawet. Nie chodzi o sam katar – ten może już zelżał. Ale niepokoi mię szczególnie upadek sił fizycznych, który czuję. Trudno mi w ogóle chodzić, a wchodzenie na schody jest nieznośne. Doświadczam po prostu wyczerpania sił. Zawsze też przy chodzeniu albo nawet siedząc po zakaszlaniu się wybijają na mnie zimne poty. Nie mogę też dobrze jeść. Jadam tylko bardzo lekkie rzeczy – ostrygi, homary, rybę, kompoty, próbuję jarzyn, na wieczór kilka miniaturowych kanapek albo jaja – ani zupy, ani sera, ani mięsa, chleba też minimalnie, a pomimo to po jedzeniu czuję jakieś jakby głuche rżnięcie w żołądku i przez jakiś czas odęcie. A wina zgoła pić nie mogę – zaraz regularnie choruję. Spróbowałem wczoraj szampana jako lekkiego wina – wszystko jedno, ten sam skutek. Ten upadek sił i reagowanie żołądka na jedzenie bólem nasuwa mi myśl o raku. Przy raku też są zawsze te dwie cechy: człowiek je coraz trudniej, aż póki zupełnie jeść przestanie i doświadcza ogromnego upadku sił. Zresztą może to tylko imaginacja. Daj Boże! Zawsze byłem i jestem wrażliwy i skłonny do imaginacji. Może to tylko aspiryna, którą przez kilka dni na noc w dużej dozie brałem, tak mi na serce zaszkodziła, że czuję upadek sił przez złe funkcjonowanie serca. Zaniecham teraz aspiryny, a zacznę brać pigułki digitalisu, które mam od Gudowicza. Z sercem rzeczywiście czuję źle. A dziś w nocy prawie zasnąć nie mogłem. Właściwie – ostatecznie – umierać już mogę. Gdyby miał być rak, to już niechby prędzej. Jadzi kochanej stanowisko dałem, ma też córeczkę kochaną na pamiątkę i tradycję po mnie, a gdybym umierał, to nie oparłbym Jadzi i Kotusieńki losu na zapisie testamentowym, bo się obawiam, że moja pierwsza córka Celina może usiłować obalić zapis i nasze z Jadzią małżeństwo cywilne, aby zastrzec dla siebie monopol dziedzictwa legalnego i przez to prawo wyłączne do majątku rodowego, jakim są Bohdaniszki. Za życia jeszcze przepisałbym własność Bohdaniszek na rzecz Jadzi drogą aktu sprzedaży. Ale choć się śmierci nie lękam, wolałbym żyć jeszcze, akurat wtedy, kiedy wreszcie stworzyłem sobie kochaną i kochającą rodzinę, która jest jakby portem słonecznym dla starości mojej, i kiedy miło jest i słodko obserwować rozwój naszego dziecka. Czekam listów od Jadzi z Bohdaniszek i po powrocie jej do Kowna. Pisała mi ona jeden list, ale dopiero nazajutrz po moim wyjeździe z Kowna, to znaczy jeszcze przed jej wyjazdem do Bohdaniszek. Ciekaw jestem, jak się jej udało ze sprowadzeniem cegły z kolei do Bohdaniszek (14 000 sztuk cegły, całe trzy wagony, furmanek trzeba koło 90). Boję się, czy tam nie spędziło sanny. Sądząc z temperatury tutaj w Holandii, mrozów i tam u nas może nie ma. Gdy u nas były mrozy i śniegi na Boże Narodzenie, to i tu były one. A gdym wyjeżdżał z Kowna, to i tam odwilż już była głęboka i śnieg spędzało. Kto wie, jak w Bohdaniszkach? I o Kotusieńce nowinek czekam. Byłem dziś zaproszony na five-o-clock do lady Hurst, to znaczy do domu wiceprezesa Trybunału Międzynarodowego. Towarzystwo było trybunalskie. Sędziowie de la Cour z żonami i córkami (wcale piękna, młoda i hoża jak kwiat córka sędziego van Eysingi, bardzo podobna do niego, tylko naturalne en beau, miła córeczka sir Cecila Hursta, Chinki sędziego Chonga o wystających zębach i delikatnej budowie ciała), byli też agenci Estonii i Litwy, byli wyżsi funkcjonariusze de la Cour. Gospodarze byli wzorowo gościnni, pilnowali starannie, aby nikt z
16
gości się nie nudził i nie był samotny. Takie parti du pleiser towarzyskie są w tradycji Trybunału; są one pewnym narzędziem odsztywnienia stosunków. 23 stycznia, rok 1939, poniedziałek Przerwałem wczoraj na noc przyjmowanie aspiryny. Natomiast wczoraj wieczorem i dziś rano przyjąłem po pigułce z recepty prof. Gudowicza, zawierającej digitalis na serce, szczyptę strychniny i innych jakichś trucizn, które w miniaturowych dozach są dobre na wzmocnienie. W nocy spałem dobrze. Rano jednak, choć czułem się na serce mocniejszy i żywszy, znalazł się nowy feler: katar przerzucił się na przykry ból newralgiczny mięśni czy nerwów podskórnych twarzy, zwłaszcza nad nosem i lewym okiem i w ogóle kości twarzowych. Dobrze, że dziś dzień miałem spokojny. Całe poobiedzie spędziłem w domu. Lekki ból w żołądku nie ustał. Spędziłem dzień bez kropli alkoholu. Ale po obiedzie i wieczorem zapomniałem powtórzyć pigułki digitalisu. Na dworze wicher, deszcz, powietrze morskie wstrętne na katar, a raczej na grypę moją. Zawiewa przez okno do pokoju. Stan zdrowia teraz mię zajmuje najmocniej. O tym, jaki będzie przebieg sprawy w Trybunale, staram się nie myśleć. Na ogół czuję się dosyć bezwładny psychicznie. Jak ze sprawą będzie, tak będzie. Zobaczymy, jakie przekonania i względy wyłonią się z głów sędziów. Teraz to jeszcze tajemnica. Myśleniem tej tajemnicy nie przebiję i nie przerobię usposobienia sędziów. Swój natomiast obowiązek sędziowski, gdy czas nastanie, spełnię, a będzie to, co Bóg da. Jestem trochę fatalistą. Może sprawę przegramy, ale może Litwa ją wygra. Nie decyduję się przesądzać. 24 stycznia, rok 1939, wtorek Kotusieńko moja daleka! Ukończyłaś dziś... ileż to tygodni życia? Bodajże jedenaście.Za parę tygodni skończysz już trzy miesiące, wyjdziesz z tzw. „durnego wieku” – zaczniesz mądrzeć, maleństwo moje! Bądź zdrowa, maleńka, twój papa cię błogosławi z daleka. Dziś w zdrowiu moim zaznaczył się jakby kryzys przełomowy. Wczoraj, choć spałem względnie nieźle, miałem głowę ciężką z bólami newralgicznymi twarzy. Rano miałem się pod tym względem bardzo źle. Trwało to cały ranek: gdym się ubierał, przy śniadaniu rannym w hotelu, w drodze do Pałacu Pokoju, w gabinecie moim, gdym pisał list bieżący do Jadzi, cały zbolały i nie mogący zebrać myśli na początku posiedzenia Trybunału... Bolały mię kości czaszki u nasady szyi, cała głowa ciężka, bolały szczególnie mięśnie czy nerwy podskórne nad nosem i oczami, oczy same, a poza tym wszystkim – czułem wielkie osłabienie serca, zwykły przy tym brak tchu i niepokój. Byłem zupełnie chory. Ale nie zapomniałem przyjąć rano pigułki digitalisu, która też podziałała widocznie po pewnym czasie. Bo oto nagle na posiedzeniu Trybunału bóle w głowie zaczęły ustawać, poczucie niepokoju w sercu – także, niebawem zrobiło mi się zupełnie dobrze, jakieś ciepło i równowaga mię napełniły, poczułem kilka zwykłych po digitalisie jakby skurczów i wnet poczułem się fizycznie zupełnie mocny, tylko senność mię zaczęła na razie ogarniać. Potem senność ta minęła i już przez cały dzień czułem się zupełnie dobrze. Byłem mocny, równy, wróciło dobre usposobienie, nie męczyło mię chodzenie i schody. Nie zaniedbałem przyjąć digitalisu po obiedzie i na noc. Z dnia dzisiejszego nie brak mi do pisania. Przede wszystkim, zanotuję rozmowę moją rano z sędzią de Visscherem. Visscher mieszka w tym samym hotelu Vieux Doelen, gdzie ja. Stołuje się też z żoną i córką w restauracji hotelowej. Witamy się z nim z daleka ukłonem, zresztą żony jego i córki nie znam (Visscher wygląda bardzo młodo, ale ma już dzieci, których ma dużo, dorosłe, a dwaj starsi synowie jego są księżmi, sam on jest z przekonań katolikiem, był profesorem w Louvain). Nigdy nie rozmawiał on ze mną prywatnie i poufnie, zwłaszcza o sprawie naszej. Co najwyżej zamieniliśmy z nim kilka banalnych słów o pogodzie, o klimacie holenderskim, o ruchu flamandzkim w Belgii... Jest on uprzejmy, ale, jak wszyscy sędziowie, powściągliwy, zwłaszcza w stosunku do sędziego narodowego, zawsze posądzanego, zresztą słusznie, że jest poniekąd rzecznikiem strony, która go mianowała. Naturalnie, że i ja się nie narzucam, wyczuwając całą drażliwość sytuacji sędziego narodowego. W obecnym stadium sprawy naszej mam zresztą z
17
Visscherem jeszcze mniej okazji tego kontaktu nawet banalnego i wyłącznie grzecznościowego, niż go miałem latem w dobie rozpoznawania ekscepcji preliminarnych litewskich, a to dlatego, że wtedy sąsiadowałem z nim bezpośrednio na posiedzeniach, podczas gdy teraz ja sąsiaduję z Erichem, a z Visscherem sąsiaduje sędzia narodowy estoński Strandeman. Zdziwiłem się więc bardzo, gdy po wyjściu po śniadaniu rannym z restauracji hotelowej do holu, gdzie zastałem Visschera, który wyszedł nieco przede mną i odprawił swoje panie na miasto czy też do numeru, Visscher zwrócił się do mnie i zaczął ze mną rozmowę i to wprost o sprawie. Była to dla mnie zupełnie nieoczekiwana niespodzianka, która mię zaskoczyła, bo było to zgoła przeciwne wszystkim precedensom stosunku sędziów do sędziów narodowych ad hoc, zwłaszcza przed rozpoczęciem narad sędziowskich, precedensom, których w swoim czasie doświadczyłem jeszcze w roku 1932 w sprawie